poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Zawieszam

Hej. Zawieszam bloga. Zawieszam, bo nie ma pomysłu ani czasu. Mam nadzieję, że kiedyś powrócę, nie gniewajcie się. Pozdrawiam. Karolina.

poniedziałek, 4 marca 2013

Rozdział 7.

-No nie! I tak Cię dorwę! - wykrzykiwał Łapa, a obrazy mu wtórowały tyle, że były przeciwko niemu. Wstał i powlókł się do Wieży Gryffindoru. Kiedy leżał w łóżku długo jeszcze rozmyślał nad McKinnon. Zasnął dopiero o 3:00 w nocy, dziewczyna też miała z tym problemy. Śniły jej się granatowe róże, Black (?!)  z granatowym bukietem w ręku, prosił ją o wybaczenie. To było niezwykłe; Jedyne stwierdzenie jakie nasunęło jej się na myśl po otwarciu powiek następnego dnia. Łapa spotkał się z Peterem i Remusem na śniadaniu. 
-Sie masz Zbawicielu! - wykrzyknął do niego już z wejścia do Wielkiej Sali. Usiadł obok miodowookiego  prefekta. 
-Nie musisz się drzeć na całą salę. - Sięgnął po jajecznice z krwistą wątróbką. Był cały jakiś taki żywy. Emanował energią. 
-Przyszła na to piętro i zobaczyła ten napis. Zaczęła się drzeć żebym to zmył, przyleciał Filch. O mały włos się wywinęła, dała mu znaczące argumenty. Na koniec uratowało mnie to, że rano jak zwiała do tej toalety, wcześniej mówiłem, to uciekała przed nim, bo rzucała kamieniami w Irytka i jakieś obrazy dostały. - nachylony szeptał mu do ucha.
-Ona rzucała w Irytka? - spytał z ironią.
-Oj, nie. Oddała mu. Nieważne. Dzięki.
-Nie ma za co, ale więcej na mnie nie licz w takich sprawach. Muszę przyznać jesteś podły. - połknął trochę jajecznicy. - No dobra koniec tematu o dziewczynach. James idzie. Coś mu nie wychodzi z tą Lily, powiedział, że nie zamierza podejmować takich środków co ty. - zanim Black zdążył cokolwiek odpowiedzieć przywitał ich Rogacz.
-Siema gargulce. - opadł na krzesło. - Syriusz jak Ci poszło?
-Wspaniale, dostała szlaban tak jak chciałam tylko za co innego, ale mniejsza o to.
-No to ja będę w dormitorium, idę naszykować książki na lekcje. - zapiszczał Pettigrew i wstał od stołu.
-Poczekaj! - zasyczał Lupin i złapał go za nadgarstek po czym ten z powrotem usiadł.
-Zelżyj ten cholery uścisk, bo łapa mi odpadnie. 
-Łapa siedzi naprzeciwko Ciebie i nie wygląda żeby miał spaść z krzesła. - zaśmiali się. - Dobra koniec żartów. Mam pomysł jak dokończyć nasze dzieło, wolałbym to zrobić dzisiaj przed kolacją, póki mam siłę, bo jutro nie wypali.
-Spokojnie geniuszu, pomysł nie ucieknie. To o 16:00 może być? - James poprawił sobie okulary na nosie.
-To widzimy się u was w dormitorium. Cześć. - odszedł od stołu z Glizdogonem, a ten lekko za nim nie nadążał.
-Ciekawe czy się uda. - mruknął Potter.
-Znasz Lupina, podnieca się tak, że mu zaraz stanie, więc chyba wie co robi. - Black zaczął się śmiać z własnej kpiny, a James wypluł na niego płatki, które właśnie przeżuwał. Na horyzoncie pojawiła się czwórka Gryfonek. Kiedy przechodziły obok chłopaków, Marlene sobie nie szczędziła.
-Jak tak będziesz wyglądał w Hogsmeade to będę udawała, że Cię nie znam. - zaśmiała się i odeszła z gracją na drugi koniec stołu za Lily, która posłała Jamesowi nienawistne spojrzenie.
-Tak, mamy u nich spore szanse. - rzekł ironicznie Potter.

                                  ♥ 
Popołudniu Lily wyszła ze szkoły na błonia, kierując się do sowiarni. Wchodząc po spiralnych schodach, uważała by na nikogo się nie natknąć. Zamierzała odesłać odpowiedź na list Severusowi, który aktualnie przebywał w św. Mungu, gdyż na zajęciach z panią Hooch spadł z miotły, z wysokości 20 stóp i potwornie się poobijał. Z wiadomości, którą ostatnio od niego otrzymała, dowiedziała się, że miał złamaną nogę, wstrząs mózgu i pęknięcie czaszki w czterech miejscach. Pani Pomfrey spokojnie mogłaby sobie z nim poradzić, gdyby nie wiadomo z jakiej przyczyny nie zniknął jej cały zapas eliksiru szkiele-wzro, więc zmuszona była odesłać go do św. Munga. Przywiązała list do nóżki małej płomykówi i podeszła z nią do okna. Niebo było bezchmurne. Błonia puste, zza wysokich drzew Zakazanego Lasu świeciło słońce. Sówka odfrunęła z ramienia rudowłosej, a ta stała wpatrując się w nią aż zamieniła się w małą plamkę. Zrobiła dwa kroki w tył i oprócz chrzęstu łamanych szkielecików gryzoni i ptasich odchodów usłyszała czyjeś szepty. Nie chcąc podsłuchiwać odchrząknęła, gdy tylko postacie kroczące schodami były w zasięgu jej wzroku. 
-Oo, hej Evans. Jak się masz? - zagadnął ją czarnowłosy Gryfon. Pettigrew tylko machnął ręką na znak przywitania.
-Hej Black. - zaczęła z naciskiem.  - W porównaniu z Marlene wspaniale, czego ty od niej chcesz? Czegoś się jej uczepił?
-Zazdrosna? Ciebie zostawiłem Jamesowi. - zaczął przywiązywać do nóżki jakiegoś okazałego puchacz list. 
-Zostawiłeś? Czy ja ci wyglądam na rzecz? 
-Nie, nie to miałem na myśli. Chodzi o to, że James Cię zaklepał. - odrzekł, ale za chwilę pożałował.
-ZAKLEPAŁ? Pytam po raz drugi. Czy ja ci wyglądam na rzecz? - teraz nie była już spokojna.
-Po prostu Jamesowi na Tobie zależy! Dotarło? - spytał tracąc cierpliwość. - Nikt nie traktuję ani ciebie ani twojej przyjaciółki jak przedmiotu. I jakby ktoś pytał: Mnie tu nie było i nic ci nie mówiłem, to do zobaczenia na kolacji. - zszedł na dół. Lily odczekała aż zniknie z horyzontu i sama udała się do zamku.  


                                  ♥ 

Gdy Syriusz wysyłał sowę w jednym z gryfońskich dormitoriów zebrali się Remus, Peter i James.
Drzwi otworzyły się z łoskotem, a przez nie wpadł Black.
-Stary co ty na romansach byłeś? - spytał go Potter, siadając na swoim łóżku po turecku. Mimowolnie chłopak zaczerwienił się.
-Tak, bardzo śmieszne. Musiałem wysłać sowę. Zaczynamy?
-No, już pora. Peter wyczaruj stół i cztery krzesła. - Pettigrew, zrobił jak mu nakazał Remus i wszyscy usiedli na drewnianych taboretach.
-Mogłeś się bardziej postarać, jakieś miękkie obicie i bez żadnej zadry żeby się w tyłek nie wbijała, jak się siedzi. - mruknął Black.
-Uspokójcie się. Zapomniałem pergaminów. Accio pergaminy. - szepnął, a przez lekko uchylone drzwi do pokoju przyleciała teczka. - Peter zamknij drzwi. - Lupin z podnieceniem otworzył teczkę i wyjął kilka kartek. - Zaraz to chyba ta. - pokazał im plan szkoły naszkicowany wcześniej przez siebie.
-No mądralo, dawaj, strzelaj pociskami, co robimy? - zaśmiał się Potter. Ten rzucił mu gniewne spojrzenie i odwrócił się do reszty.
-Mam pomysł jak wcielić nasz plan w życie. Siedźcie cicho i nic się nie odzywajcie. Ja to dokończę. Na razie James wymyślił jak ukryć tą mapę, znaczy zakumuflować. Połowa sukcesu za nami. Teraz należy  poczynić tak, aby zaczęła działać. - Cała trójka słuchała go z uwagą, gdy skończył im wyjaśniać co zamierza zrobić, nachylił się nad pergaminem i zaczął szeptać coś w nieznanym im języku.
-Co on tam gada? - spytał cicho James Syriusza.
-Chyba zaklęcia, ale nie w naszym języku. - w tym momencie Lupin podniósł głowę znad stołu wyłożonego kartkami.
-Czas na podpis panowie. - wyciągnął z wewnętrznej kieszeni szaty malutki złoty sztylet. Podciągnął rękaw szaty i zrobił sobie małe rozcięcie z którego kapnęła kropla krwi ,wprost na sam środek pergaminu. -Lunatyk. - powiedział do mapy. - Teraz wy. - rzekł już w stronę kumpli. 
-Matko, zawsze krew. - burknął Black. - On tak przez te pełnie.
-Nie gadaj bzdur tylko chodźcie. - Pierwszy rozciął sobie nadgarstek Peter.
-Glizdogon. - zwrócił się do mapy. Następnie zawtórował mu Syriusz.
-Łapa. - podał sztylet Jamesowi.
-Rogacz. - oddał nóż z wysadzanym czerwonymi kamieniami rękojeściem Lupinowi. Zapadła cisza. Lunatyk podszedł do mapy i po raz ostatni wyciągnął różdżkę.
-Panowie Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz, zawsze uczynni doradcy czarodziejskich psotników, mają zaszczyt przedstawić mapę Huncwotów. -  machnął różdżką kreśląc w powietrzu koło. - Gotowe!
-Już działa? - spytał James. Podszedł do mapy i mruknął : 'Uroczyście przysięgam, że knuje coś niedobrego." , a  na pustym pergaminie pojawił się plan szkoły i czarne kropki, nad którymi napisane było imię i nazwisko. Od razu zaczął odszukiwać tej z napisem Lily Evans.
-Świetne. - zawołał Syriusz. - Teraz możemy tego używać i robić kawały Filchowi ile chcemy. -Glizdogon tylko podziwiał ich wynalazek z daleka. Nieoczekiwanie do pokoju wpadła pani Pomfrey.
-Remusie, gdzie ty byłeś tyle czasu? Zaraz pełnia! Szukałam Cię po całym zamku! - zdenerwowany nie zauważyła reszty obecnych. Spojrzała się na nich przerażona.
-Spokojnie oni wiedzą. - uspokoił kobietę Lupin.- Proszę, pani przez cały czas byłem w dormitorium.
-Och, to nie ważne! Idziemy! - pociągnęła go za kołnierz. W ostatniej chwili zdążył rzucić Łapie mapę. 
-Cześć wam!
-Do zobaczenia. - odpowiedział James, wymieniając łobuzerskie uśmiechy z Blackiem.
     
                                  ♥ 
-Mając tę mapę możemy robić wszystko gdzie chcemy i kiedy chcemy! - Syriusz aż piał z zachwytu.
-Dobrze, rozumiem. - Potter zaśmiał się. - Nasza dzisiejsza misja to dostać się na błonia, przejść do tunelu Wierzby Bijącej i później już tylko Hogsmeade!
-Musimy wychodzić z nim do tego Hogsmeade? - Peter splótł palce i schował ręce za plecy.
-Masz cykora? 
-Nie, nic z tych rzeczy. - rozejrzał się dookoła. - Tylko on może być niebezpieczny. -szepnął chrapliwie.
-No nie mogę! Glizdek ma cykora! - Black miał uciechę z kumpla, który już miał twarz oblaną szkarłatnym rumieńcem.
-Oj spokój. Syriusz opanuj się, siły będą Ci potrzebne na noc. - rzekł James poważniejszym tonem, Syriusz tylko kiwnął głową.


Kilka godzin później, trójka przyjaciół szykowała się do wyjścia. 
-Niewidka jest?
-Jest. - odpowiadał sumiennie Pettigrew.
-Mapa jest?
-Jest. - zatrzasnął zapięcia torby i zarzucił ją sobie na ramię.
-Czajnik jest?
-Jest.-odparł znudzonym tonem Peter. Po chwili ciszy, ocknął się. - A po co nam czajnik?
-Po nic sprawdzałem czy mnie wyraźnie słuchasz. - rzekł Black z rozbawieniem.
-Dobra, idziemy. Na razie wyjmijcie nasze sprzęty, będą potrzebne. - Potter wyjął z torby, trzymanej na ramieniu przez Pettigrew'a Niewidkę i Mapę Huncwotów. -Chodźcie, schowamy się teraz, żeby wyjść z dormitorium nie zauważonym. - Trójka owinęła się peleryną.
-Peter zaświeć różdżkę. 
-Lumos. - z końca jego różdżki wydobywało się światło, które oświetlało Potterowi Mapę.
-W Pokoju Wspólnym siedzi mnóstwo osób, może jakoś nam się uda, przecisnąć. - gadał od rzeczy w rzeczywistości obserwując kropkę z nazwiskiem EVANS. Siedziała teraz na kanapie przed kominkiem razem z Meadows i McKinnon, na którą jak mu się wydawało gapił się Syriusz.
-Idziemy? - wychrypiał Glizdogon.
-Ta, chodźmy. - ścisnęli się mocniej, by nie było widać im stóp i ruszyli cicho korytarzem. Gdy zeszli ze schodów zobaczyli zgiełk przeciskający się z korytarza do przejścia pod dziurą w portrecie lub odwrotnie.
Przechodząc obok dziewcząt z piątego roku James wyciągnął rękę i głasnął nią Lily po policzku. Syriusz szybko schował jego dłoń z powrotem pod pelerynę.
-Co to było? -  Dziewczyna odwróciła się w kierunku gdzie stali.
-Co było? - McKinnon wpatrywała się w miejsce, które gestem wskazała jej przyjaciółka.
-Przewidziało Ci się. Przecież tyle osób tędy chodzi. . . - Dorcas odezwała się znad książki, nie odrywając od niej wzroku.
-Pewnie tak. - wróciły do wykonywanych czynności.
 Łapa zdzielił dyskretnie Rogacza po głowie. Kiedy udało im się przejść pod dziurą pod portretem, ten nie został mu dłużny.
-Zwariowałeś?! - szepnął Syriusz.
-Co?
-Mogła nas zauważyć!
-Przestań, gadasz jak Remus.
-Następnym razem pomiziaj się z nią w sowiarnii, co raz częściej można ją tam spotkać. - wypalił Black bez ogródek.
-Dlaczego? Jak to. . . w sowiarni? - spytał zdezorientowany Potter.  
-A po co chodzi się do sowiarnii? - reszta drogi minęła im w ciszy.  

                                  ♥ 

Znów nie udało mi się napisać długiego rozdziału. No cóż nie mogę się rozdwoić, mam też życie po za internetem. Mam nadzieję, że rozdział się spodoba, zagłębiamy się między Huncwotów. I + taka moja teoria jak powstała mapa Huncwotów. Poszłam na łatwiznę, wiem. Czyta to ktoś jeszcze? Jak tak to proszę zostaw po sobie ślad. Chcę wiedzieć czy mam dla kogo pisać.   
        Czyta to ktoś jeszcze?      Czyta to ktoś jeszcze?
Czyta to ktoś jeszcze?                         Czyta to ktoś jeszcze?
    Czyta to ktoś jeszcze?    Czyta to ktoś jeszcze?
Miłej lektury. 




wtorek, 26 lutego 2013

Rozdział 6.

Kiedy Lily była już w dormitorium odetchnęła. Za kogo on się uważa?! Jak ja go nienawidzę! Zdjęła karmazynowe ponczo i czarne lakierki. Właściwie po co kierowała się na stadion? Położyła się na łóżku. Chwilę później do pokoju wpadła Dorcas z Alicją. Obie dyszały. Ruda podparła się na łokciach, obserwując koleżanki.
-Co jest? Biegałyście?
-F-filch nas gonił. - wydukała Alicja.
-Co zrobiłyście? Musiałyście się mu narazić. - spytała Evans śmiejąc się. Dorcas pochyliła się i trzymała kolan.
-I-irytek, rzucał w nas kamieniami. Niektóre obrazy poobrywały i wszystko p-poszło na nas. Trochę mu oddałyśmy, znaczy Marlen-ne.
-A gdzie Marlene?
-Nie wiem pobiegła w inną stronę, chyba do toalety chłopców. Zaraz powinna być.
                       
                                         ♥

Marlene pędziła przed siebie, nie zważając gdzie wchodzi, skręciła do toalety chłopców. Osunęła się po ścianie. Oddychała głęboko. Miała szczęście, Filch jej nie złapał. Usłyszała kroki. Czyżby był w toalecie?
Zza rogu wyłoniła się wysoka, czarnowłosa postać Syriusza. Dziewczyna wstała i otrzepała spódnice.
-No, no, no nie pomyliłaś pomieszczeń? - na jego twarzy rozlewał się wesoły uśmiech. Jednak miała szczęście, to nie był Filch.
-Możliwe. To nie twoja sprawa. - powiedziała na jednym wydechu.
-Może i moja, bo gdyby Filch się dowiedział, o byłoby kiepsko.
-Co masz na myśli? - uniosła jedną brew.
-Wkrótce jest wyjście do Hogsmeade. Co o tym myślisz?
-Chyba cię pogięło. To ma być szantaż?!
-Bystra jesteś. To jak? Randka ze mną w Hogsmeade czy z Filchem na szlabanie?  - Gryfon satysfakcjonował się minął McKinnon.
-Nie, nikt nie będzie mnie szantażował!
-Czyli wolisz spędzić dzień wyjścia do Hogsmeade z Filchem? Nie ma sprawy. - chłopak szedł w stronę drzwi, ale zatrzymał się gdy usłyszał głos czarnowłosej.
-Zgoda, ale nie bierz sobie tego do serca. - warknęła. - Drań - szepnęła pod nosem.
-Nie schlebiaj mi tak. - posłał jej szczodrobliwy uśmiech i zniknął za drzwiami. To było nieuprzejme i podłe.

                                             ♥

Kiedy Syriusz wpadł do dormitorium roześmiany wrzasnął;
-Mam ją!
-Kogo masz? - spytał Remus
-Marlene, trochę szantażu i po sprawie. - był z siebie wyraźnie zadowolony.
-Nie powinieneś tak wobec niej postępować.- Lupin wyraźnie się sprzeciwił. -Najwidoczniej nie ma ochoty się z tobą spotykać i powinieneś to zaakceptować.
-Dobra, Lunatyk, zluzuj portki. No opowiadaj na czym ją przyłapałeś. - James był ciekawy taktyki kumpla, w końcu ona i Evans były nie do zdobycia. Gdy Syriusz skończył mówić pierwszy odezwał się Potter;
-Męska łazienka? Tylko to? - zdziwił się.
-Nie, przechodziłem korytarzem i słyszałem jak uciekają przed woźnym. Skurczybyk jak na swoje lata ma kondycję. No ale mniejsza o to. Schowałem się do łazienki, bo zaraz by się okazało, że to co dziewczyny przeskrobały, było moją winą i patrzcie jakie miałem szczęście!
-Niby tak.
-Ona jako prefekt naczelny - spojrzała na Remusa, który mlasnął, wyrażając w ten sposób znudzenie. - Och przestań, już dawno powinieneś się z tym pogodzić, nie wystarczy ci tytuł zwykłego prefekta?! No w każdym razie, ona jako prefekt naczelny powinna dawać dobry przykład, a nie uciekać przed Filchem i to do męskiej toalety.
-A pro po dziewczyn, Peter, jak Ci idzie z Genive? - spytał James uśmiechając się szyderczo, bo twarz  kumpla przybrała kolor dojrzałej piwonii. - No macho, gadaj.


-Co za typ! - Marlene wpadła do dormitorium koleżanek. -Jak on śmiał?! W stosunku do mnie, tak się zachować?!
-Hej, hej, hej co się stało? - Dorcas poderwała się z łóżka.
-Black! On się stał, dopadł mnie w łazience!
-Ale. . .
-Nie co co ty nawet mnie nie dotknął, nie o to mi chodziło.
-Więc co jest? - uspokoiła się ruda. Gryfonka opowiedziała im jak Black wymusił "randkę" z nią.
-Co za tupet! - skrzywiła się Alicja.
-Po prostu świnia. No nic, żegnam się z wami, bo muszę wracać do dormitorium. - Wymaszerowała z pokoju wspólnego Gryfonów i pognała do swojego pokoju. Gdy przechodziła przez pokój wspólny Prefektów, wzdrygnęła się;
-Och, witaj nie chciałem cię przestraszyć. - Zza oparcia fotela, stojącego naprzeciw kominka wychylił głowę prefekt Gryffindoru - Remus Lupin. -  Syriusz prosił mnie, aby Ci przekazać ten list. - wręczył jej białą kopertę przesiąkniętą zapachem anyżu.
-Tak, dziękuję. - Odparła oszołomiona. Czego jeszcze mógł od niej chcieć? Weszła do dormitorium i usiadła na łóżku, rozrywając po drodze kopertę.

Droga Marlene!

Nie chcę żebyś pomyślała o mnie źle, za te moje zaproszenie na randkę, więc jakoś Ci to zrekompensuję. Czekam na Ciebie pod biblioteką. Przyjdź szybko, żeby Filch nic nie zobaczył. 

Syriusz.

On ma chyba nie równo pod sufitem, jak myśli, że do niego zejdę! Zero wstydu! Rekompensata?! Poczuła, że szybko musi zejść do Lupina, do pokoju wspólnego.
-O co chodzi w tym liście? - spytała dysząc, bo zbyt szybko zbiegała po schodach.
-Nie wiem, nie czytam cudzych korespondencji. - mruknął Lupin, podnosząc wzrok znad książki na dziewczynę.
-Proszę. - podała mu pergamin. - Wiesz może o co mu chodzi z Filchem? - przeczytał list.
-Chyba o to, że musisz szybko przybyć, bo go przyłapie.
-Co mnie on obchodzi? - wzięła korespondencje i ruszyła w stronę schodów.
-Może nie chodzi o niego, znasz Blacka, jeśli też ucierpisz? - skrzywił się i poprawił okulary na nosie, by uniknąć jej spojrzenia.
-Mówisz, że. . . - Schowała list w wewnętrzną kieszeń szaty i pobiegła pod bibliotekę. Widok, który tam zastała zwalił ją z nóg.  "I'm sorry Marlene!" było wymalowane na ścianie granatową farbą lub czymś do niej podobnym.
-Zmyj to natychmiast! - szepnęła głośno, a pobliski obraz poruszył się niespokojnie. - Co ty wyrabiasz? Chcesz żeby nas przyłapali? Jest godzina policyjna! - podszedł do niej i zza pleców wyciągnął rękę, w której trzymał granatową różę. Zakołysał się na piętach.
-Prze. . . - przerwał mu Filch, który z uciechą kuśtykał ku nim.
-No, no, no. Nieobecność w łóżkach o tej godzinie i wandalizm. Kogo my tu mamy? McKinnon? McGonagall na pewno ucieszy się jak powiem, że prefekt naczelny Gryffindoru chodzi po szkole o tej godzinie. A teraz za mną.
-Ja bardzo pana przepraszam, ale jestem prefektem i w moich prawach jest podpunkt pozwalający na opuszczenie dormitorium podczas trwania ciszy nocnej. - rzekła pewnie. Black zaklął pod nosem, a woźny mu zawtórował.
-Więc będę musiał ukarać Cię za wandalizm. - powiedział rzucając jej ostre spojrzenie.
-Wie pan chętnie bym z panem posiedziała i odbębniła jakąś karę, ale tak się składa, że to nie moja robota.
-Nie kręć mi tu, przecież jak wół jest napisane tu twoje imię! - powoli tracił cierpliwość.
-Tak, na pewno przepraszałabym sama siebie i to na ścianie! - warknęła.
-Czyli to Twoje dzieło Black? - zwrócił się do chłopaka stojącego do tej pory w ciszy. -Dobrze. McKinnon, a może opowiesz mi za te dzisiejsze zniszczenia na korytarzu na 2 piętrze?
-Nie wiem co pan ma na myśli. . . - lekko się zaczerwieniła.
-Otóż jeden z portretów, powiedział mi, że trafiłaś go czymś twardym, według tego obrazu był to meteor. I rzeczywiście na około pełno było kamyczków. - Gryfon parsknął śmiechem, a czarnowłosa posłała mu piorunujące spojrzenie. - Co masz na usprawiedliwienie?
-Irytek. On zaczął. Ja mu tylko oddałam. - teraz mówiła już nerwowo bawiąc się palcami rąk.
-A czy nie uważasz, że nie powinno się atakować Irytka? - niechcący opluł jej rękaw szaty, robiąc nacisk na słowo "nie". Skrzywiła się z odrazą.
-To on nas zaatakował!
-Przez najbliższy tydzień się widzimy. Black Ciebie też się to tyczy, a teraz znikać do łóżek. - szepnął wściekle i udał się w drugą stronę, po chwili można było usłyszeć jego krzyk;
-I zmyj to! - Syriusz uśmiechnięty kiwnął głową.
-Z czego się cieszysz? Zarobiliśmy szlaban! Chłoszczyść. - wycelowała różdżką w granatowe przeprosiny, ale nic się nie stało.
-To taki gratis. - zaśmiał się Black.
-Pozbądź się tego natychmiast bo, bo - nie dokończyła.
-Bo co mi zrobisz? - teraz już śmiał się w najlepsze.
-Levicorpus! - szepnęła, a chłopak zawisł nad ziemią głową w dół.
-Niech cię tylko dorwę! Zapomniałaś, że stale używam tego zaklęcia i wiem jak z niego wyjść! - zanim się zorientował już jej nie było. Nawiała, a on leżał na podłodze, karcony przez postacie z obrazów.
  

                                        ♥

Przepraszam, za tak krótki rozdział, w którym jest tak mało o Jamesie i Lily, w przyszłym będzie więcej. Aktualnie musiałam wprowadzić Syriusza i Marlene. Dodałam nowe zakładki, trochę pozmieniałam. Pod poprzednim wpisem miałam komentarz, żeby szybciej zrobić akcję kłótni Severusa z Lil i żeby rozwinęła się jej znajomość z Potterem. Niestety tak zrobić nie mogę, ponieważ byłoby za szybko i ogólnie trochę namieszam pomiędzy nimi. Łatwo im nie będzie. Teraz akcja będzie się działa tylko i wyłączne w 5 klasie.Liczę na komentarze. Dziękuje czytającym i zostawiającym po sobie ślad czarodziejom. :)
Zapraszam na  blog Honoraty

piątek, 22 lutego 2013

Rozdział 5.

"Przychylny los - to przeznaczenia, nieprzychylny - to pech." 


Od pierwszego spotkania rudowłosej z Pettigrew, Lupinem, Blackiem oraz Potterem minęły 4 lata i zdążyła ich znienawidzić. Lily miała iść na piąty rok do Hogwartu. Oprócz Marlene i Alicji zaprzyjaźniła się z Dorcas Meadows. Przez pierwsze dwa lata nauki miała wrażenie, że Snape ją unikał. W rzeczywistości Ślizgon był pod stałym nadzorem Malfoy'a, ale gdy ten ukończył szkołę, mógł odetchnąć z ulgą i normalnie rozmawiać z Lily. Niestety Evans podobała się nie tylko jemu, przez co był regularnie dręczony docinkami Potter'a. Swoją drogą w jego życiu też się trochę pozmieniało, został ścigającym w Gryfońskiej drużynie quidditcha i stał się animagiem. Potrafił zamienić się w jelenia, a jego przyjaciele w szczura, psa i . . . wilkołaka. Cóż . . . nie każdy z nich miał szczęście. W trzeciej klasie on, Peter i Syriusz dowiedzieli się o Lupinie, na rzecz czego zostali nielegalnymi animagami. Mało tego byli największymi dowcipnisiami jakich Hogwart kiedykolwiek miał. Czwórka Gryfonów nazywała się Huncwotami. Mieli jeszcze swoje prywatne, animagiczne ksywki. James był Rogaczem, Syriusz Łapą, Remus Lunatykiem, a Peter Glizdogonem. Black non stop wyśmiewał przezwisko Pettigrew'a. "Gdzie polazł glizdowaty ogon ?! " Hogwart był dla niego zbawieniem, ponieważ odkąd trafił do Gryffindoru, a nie domu węża jak jego rodzina, w letnie wakacje musiał znosić jak to mawiał piekło. Buntował się, obwieszał swój pokój plakatami z mugolkami na motocyklach. Ostatniego lata, gdy miał już dosyć awantur, uciekł do Potter'ów. Wtedy też wypalono jego osobę z drzewa genealogicznego Black'ów, a gdy jego wuj zmarł i pozostawił mu swój majątek, tego też usunięto. Ale nie tylko on wyczekiwał powrotu do Hogwartu jak zbawienia. Severus już myślał o rudowłosej Gryfonce i następnym roku wolności od ojca. Przeprowadził się do innego miasta i nie mógł widywać się z Lil. Utrzymywali tylko kontakt listowy. Pisał nie tylko z nią, miał też kontakt z Lucjuszem Malfoy'em, który opisywał mu jak wspaniale jest być śmierciożercą, którym w przyszłym czasie zamierzał zostać. Jedynym plusem wakacji było to, że dostał odznakę prefekta naczelnego, ale z tego co mu napisała Lily ona tak że miała zaszczyt pochwalić się tą odznaką, w Gryffindorze. Wszystko zapowiadało się wspaniale.

                                      ♥
Gdy zaczął się rok szkolny, każde z nich cieszyło się na spotkanie przyjaciół. Lily pożegnała się z rodziną i wsiadła do pociągu Express Hogwart. Szukając przedziału natknęła się na Snape'a. Na powitanie cmoknęła go w policzek, a ten zaproponował jej by usiadła z nim. Nie zauważyli, że całej scenerii przyglądają się z kpiącym uśmiechem Potter i rozbawieniem Black. Podczas ładowania kufra Lil, przez Severusa do przedziału, dali o sobie znać.
-Hej Evans. Co tam słychać ? - spytał leniwie James i oparł się o szybę łokciem. Syriusz kiwnął głową na powitanie.
-A od kiedy to interesuję Cię, co słychać u mnie ? - dała nacisk na ostatnie słowa i skrzywiła usta w grymasie odrazy. -Nie idziesz dręczyć jakiegoś słabszego ucznia ? - spytała.
-Właśnie po to przyszedłem. - z przedziału wyszedł Snape.
-Włożyłem już Twój kufer Lil, chodźmy. - powiedział uśmiechnięty, ale mina mu zrzedła gdy zobaczył swojego największego wroga.
-I jak się podobało całowanie w policzek ? - Tym razem on dał nacisk na ostatnie słowo. - Ciesz się póki możesz, bo na starość zostaniesz czarnomagicznym kawalerem. - razem z Blackiem wybuchł śmiechem i odszedł w stronę swojego przedziału.
-Idiota, nie przejmuj się nim Sev.
-Yhym. - z jego twarzy powoli schodził rumieniec. Usiedli na miejscach, zanim pociąg ruszył dosiadły się do nich Alicja, Marlene i Dorcas. W drodze do zamku świetnie się bawili, gdy znów przeszkodził im Potter.

-Ooo, widzę że Wycierus wyrywa. No trzeba się wyszaleć, bo na stare lata . . .
-Spadaj stąd ! - wrzasnęła poirytowana Lily.
-Chodź stary. - Black pociągnął go za szatę, w którą już był przebrany i poszli dalej korytarzem.
-Jak ja go nie znoszę! - Lil spojrzała na Ślizgona, którego twarz znów zdobił rumieniec.
-Olej go! - Dorcas poklepała go po plecach. -To dureń i tyle. - Resztę podróży spędzili już mile, ciesząc się swoim towarzystwem i zajadając czekoladowymi żabami. Gdy James odchodził onieśmielony od przedziału Snape'a z opuszczoną głową, cały czas żalił się Syriuszowi.
-Co ona takiego w nim widzi? Przecież to zwykły nieudacznik. Nawet nie potrafi latać na miotle!- żachnął się i poruszył kolanem tak, jakby kopnął kamień. - Jak tak dalej pójdzie to na pewno się ze mną nie umówi. - odparł z goryczą.
-Oj, nie przesadzaj, Smarkerus nie ma z nami szans, pobijemy go na głowę i to dosłownie jak będzie trzeba. - poklepał go po plecach. - Chodźmy zaraz dojedziemy do Hogsmeade.
Kiedy pokonali drogę do zamku i byli już w Wielkiej Sali, nastąpiła ceremonia przydziału. Za każdym razem patrzenie na tą scenę, wywoływało w Severusie nienawiść. Mogło być inaczej, ale po co płakać nad rozlanym mlekiem? Pierwszy dzień szkoły zacząłby się dla Ślizgona doskonale, gdyby nie to upokorzenie w pociągu, ale teraz pocieszał się, że już gorzej być nie może.
                                   

                                             ♥

Mijał wrzesień, październik, mijała jesień. Lily miała problemy z eliksirami, ale Snape zawsze wyciągał do niej pomocną dłoń. Dzięki niemu zrozumiała jak prawidłowo łączyć składniki czy też na jakim ogniu stawiać kociołek. Po skutecznych staraniach, profesor Slughorn przyjął ją do Klubu Ślimaka i mogła teraz uczęszczać na jego spotkania ze Ślizgonem. Alicja zaczęła spotykać się z Frankiem Longbottomem, Dorcas dostała się do drużyny quidditcha na pozycję ścigającej. Niestety non stop narzekała, bo jako ścigający grał też Potter. Marlene, u niej było ciekawie. Wyładniała mimo swej przecudownej urody, i tak długie, czarne loki sięgały jej ud, biodra zaokrągliły się, a piersi nabrały odpowiednich kształtów. Co drugi chłopak w Hogwarcie do niej wzdychał, ale nie była w zasięgu choćby jednego z nich. Była niedostępna.  


                                             ♥

Pewnej słonecznej soboty Lily przechadzała się po błoniach. Wiatr mierzwił jej włosy, gdy kierując się w stronę boiska do quidditcha zatrzymała się w miejscu. Na nieszczęście, dróżką wiodąca do jej celu wracał właśnie Pettigriew. Jeśli on stamtąd wraca to gdzieś w pobliżu musi być Potter. Ku jej zdziwieniu, Peter nie był w towarzystwie kolegów, a pewnej puszystej Puchonki. Szli rozmawiając, rudowłosa usłyszała wyraźne jąkanie Gryfona. Chłopak był tak zapatrzony w Genive (Puchonkę), że potknął się o wystający korzeń drzewa, przydeptał sobie szatę i runął jak długi. Jego towarzyszka wyraźnie zachichotała. Nagle zza pagórka wyłoniła się wysoka postać, a właściwie dwie - Pottera i Blacka. A jednak . . .
-Peter co ty wyrabiasz? - miał z niego ubaw w najlepsze.
-Biedak, zapomniał jak się chodzi . . . Przy takiej piękności. - Black wyszeptał ostatnie zdanie. Pettigriew spłonął rumieńcem, pożegnał się z dziewczyną i dołączył do kolegów. Obserwująca całą sytuację Gryfonka szybko odwróciła się ruszając szybkim krokiem w stronę zamku.
-Evans! - zaklęła pod nosem i spojrzała w stronę wołającego głosu. James kiwnął głową w stronę kolegów, a ci odeszli. -Hej, Evans jak tam twój Smarkerus? - podszedł do dziewczyny i teraz dzieliły ich tylko 7 stóp.
-Tylko o to chciałeś mnie zapytać? Odwal się od niego! - warknęła i odwróciła się, podążając na dziedziniec.
-Uuuu, masz pazurki, ale prosiłbym trochę grzeczniej. - szedł za nią. Byli pod drzwiami do Sali Wejściowej.
-Ty wstrętny, arogancki dupku! Co on wam zrobił?! - spojrzała mu w oczy, a on złapał ją za nadgarstki, przycisnął do ściany i nachylił się do jej ucha. Czuła na szyi gorący oddech.
-Nie tak ostro kotku. - przeszedł ją dreszcz, wyprostowała się i odepchnęła Pottera od siebie.
-Powiedziałam wal się! - Pobiegła do dormitorium.


       

czwartek, 14 lutego 2013

One shot Walentynki.

Syriusz odchrząknął głośno, gdy wszedł do klasy w której zaraz miała odbyć się lekcja eliksirów i jakaś para przestała się migdalić. Spojrzał na nich z odrazą i usiadł w ławce.
-Jak ja tego nie znoszę. - mruknął do Jamesa, który szeptał coś do ucha Evans. - Matko nie dobijaj mnie, dobrze?
-Łapo uspokój się, czemu jesteś taki nadąsany? - spytał Potter, dając Lily buziaka w policzek na "pożegnanie".
-Serio? Ona idzie tylko 3 ławki dalej, a ty już ją cmokasz? - nie dał mu dojść do słowa- Nadąsany mówisz?
Nie mogę na to patrzeć na co dzień, ale dzisiaj to już jakaś obsesja! - zaklął  pod nosem.
-Wyluzuj, tyle lasek na Ciebie leci. To ty je odrzucasz, więc nie miej do mnie pretensji, że ty nie masz kogo cmokać! - odgryzł się. - Bierz przykład z Petera.- kiwnął głową w kierunku drzwi, w których stał Pettigrew rozmawiając z jakąś piegowatą, tęgą Puchonką. -Patrz jak się do niej szczerzy! - James musiał złapać się za brzuch, żeby nie wybuchnąć gromkim śmiechem.
-Wyście wszyscy poszaleli! Tylko Lupin jeszcze się trzyma, te baby wami zawładnął! -zawołał bezsilnie, niestety Rogacz go nie usłyszał, bo zmierzał w kierunku Lil, ale w tym momencie do klasy wkroczył profesor Slughorn. Zapadła cisza.
-Witam was serdecznie przy okazji najlepszego Walentego. - uśmiechnął się szeroko. Syriusz mlasnął z niesmakiem. Zupełnie o tym zapomniał. -Dzisiaj wypróbujemy waszą amortencję. Jedna osoba z każdej pary spróbuje eliksiru. - Wyciągnął z szafki biurka stojaczek, a w nim mnóstwo buteleczek z płynem. - To zapraszam pierwszą parę. Pan Potter i panna Evans? - Wyszli na środek klasy. Po pięciu minutach Potter skakał za Lil jak małpa, chwytał ją w ramiona i całował po całej twarzy. Klasa wyła ze śmiechu. Wąchacz nie mógł się uspokoić. Peter miał całą czerwoną twarz, a Remus łzy w oczach.
-Och, gdyby on tylko siebie widział. - powiedział przez śmiech Lupin, wycierając oczy chusteczką. Kiedy Rogacz zażył antidotum, okulary na nosie miał przekrzywione, koszule wymiętą, a na ustach czuł błyszczyk swojej dziewczyny. Spojrzał na siebie potem na Evans i przełknął głośno ślinę.
-Chyba nie zrobiłem nic głupiego? -Profesor Slughorn posłał mu uspokajający uśmiech, klasa znów zaczęła się śmiać, a Lil pociągnęła go za rękę w kąt sali i zaczęła poprawiać mu koszulę.
-Byłeś potwornie zachłanny. - powiedziała śmiejąc się.
-Nic nie pamiętam, to się nie liczy. -zamruczał i przyciągnął ją do siebie.
-James nie teraz, nie tutaj. - Próbowała wyswobodzić się z jego uścisku, a włosy falowały jej na wietrze. Uśmiechnął się i ją wypuścił. Następnie przyszła kolej Adamsa Norberta i Laury Southen, gdzie ona zażyła eliksir. Później na Petera i ową Puchonkę, z którą rozmawiał na przerwie. Biegała po całej sali, próbując uwolnić się od Gryfona, aż w końcu wpadł na Slughorna, który zręcznie podał mu antidotum. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, ale nie zraziła się do Pettigrew, bo zaraz do niego podeszła.
-Wolę cię trzeźwego. - powiedziała szybko oddychając i łapiąc dech, bo z jej kondycją, bieganie było dużym wysiłkiem. Glizdogonowi ulżyło. Gdy prawie cała klasa zaliczyła już amortencję, przyszła kolej na Łapę.
-Pan Black i panna Spellman.- podał Syriuszowi buteleczkę, a ten ją wziął po czym odwrócił się do Sofii i spojrzał na nią błagalnym wzrokiem, ponieważ wzdychała do niego od dłuższego czasu nie protestowała.
Wzięła buteleczkę i jednym haustem wypiła całą zawartość. Stała chwilę w miejscu, a potem źrenice jej się rozszerzyły. Spojrzała na Blacka, a ten zrobił przerażoną minę i zaczął cofać się do tyłu. Sofia na nic nie czekając, ruszyła na niego i zaczęła go przytulać i ściskać ile sił w rękach, kiedy jej się wyrwał i wczołgał pod ławkę podeszła go z drugiej strony.
-Panno Spellman proszę do mnie.- zwołał ją Slughorn. Jednak ta nie posłuchała i dalej biegała za Syriuszem.
-Pewnie eliksir jest silniejszy, bo Łapa podoba jej się naprawdę.-szepnął Lupin do Jamesa. Chyba miał rację. Klasa cały czas pękała ze śmiechu, gdy Sofia dopadła Blacka i zaczęła całować go po policzkach, czole i nosie pozostawiając ślady szminki, bo w usta nie dała rady. Gdy dostała antidotum, spojrzała na Syriusza umazanego w szmince, zarumieniła się i wybiegła z klasy. Czarnowłosy Gryfon nie mógł nic powiedzieć, uczniowie zwijali się ze śmiechu.
Nareszcie koniec - był zadowolony, że już przeszedł przez to piekło.
-No nieźle sobie poradziłeś stary. - Lupin poklepał go po plecach.
-Wspaniały był ten wślizg pod ławkę! -Rogacz nie mógł przestać się śmiać. Peter podszedł chichocąc. Wąchacz nie mógł już wytrzymać, zarzucił torbę na ramię i zwrócił się do profesora;
-Proszę pana, idę się umyć. - zanim ten zdążył przytaknąć głową, Black wyszedł już z klasy. Skierował się do najbliżej toalety, ponieważ wystarczyło mu, że cała klasa widziała go w takim stanie i nie chciał by ktoś jeszcze go zobaczył. Zadzwonił dzwonek, ogłaszający przerwę obiadową. Wszedł do łazienki dziewcząt. Była pusta, tylko Jęcząca Marta przysiadła na parapecie okna i śpiewała jakąś sprośną piosenkę, wlepiając w niego swoje białe oczy. W ogóle nie skrępowany tym chłopak, podążył do umywalki. Odkręcił wodę i zaczął zmywać szminkę, a właściwie odbicie ust Sofii. Przynajmniej wydawało mu się, że jest już czysty, gdy podniósł głowę i ujrzał w lustrze swoją twarz wyglądającą, jak w sali eliksirów po ataku Spellman.
-To jest szminka Leona McKonntena - niezmywalna. - zaćwierkała Jęcząca Marta. -Dziewczyna, która tak Cię obdarowała. . . . -tu wykrzywiła usta. - musi dać Ci do niej przeciw zaklęcie, do każdej jest inne. - Podleciała do Gryfona i przesunęła ręką po jego torsie. Poczuł zimny dreszcz. -Dlaczego tak rzadko tu zaglądasz? -obleciała go na około. -Dzisiaj są Walentynki wiesz? - Tego już było za wiele, nie dość, że musiał znosić Spellman to teraz jeszcze ten duch się do niego przystawia. Nie pamiętając o śladach Puchonki   na twarzy, wybiegł na błonia. Ruszył pod wielkie bukowe drzewo na jeziorem. Śnieg trzeszczał mu pod nogami, wiatr zmierzwił mu włosy, a nos szczypało powietrze. Machnął różdżką w kierunku trawnika pokrytego puchatym śniegiem, i wypowiedział formułkę zaklęcia wysuszającego. Usiadł na wysuszonym miejscu. Oddychał powoli, a z jego ust wydobywała się para. Jak on nienawidzi Walentynek, dosłownie każdy cieszy się sobą, ale on nie ma takiego szczęścia. I co z tego, że większość część Hogwartu do niego wzdycha? Co mu z tego, jak w tej większości nie ma jej? Tak, jednak jest ktoś na kim mu zależy. . . Caroline Dreavey, Krukonka z tego samego roku właśnie jeździła na butach z ostrzem po zamarzniętej tafli jeziora. Łapa zastanawiał się co to może być, ale doszedł do wniosku, że zapewne jest to wynalazek mugoli, właściwie sytuacje wyjaśnia , że Caroline jest czarownicą półkrwi. Kręciła piruety, robiła różne sztuczki jakby jeździła od dziecka. Była ona szatynką, miała falowane włosy, sięgające aż do ud. Ciemna cera doskonale kontrastowała z błękitnymi oczami, a pełne usta miała lekko zaróżowione. Syriusz przyglądał się jej urzeczony. Nie zauważyła jego obecności do momentu kiedy się potknęła i upadła, a on drygnął. Podbiegł do niej i pomógł jej wstać. Podtrzymywał ja za łokcie, a ona podtrzymywała się jego.  Dziewczyna nie wiadomo dlaczego zaczęła się śmiać.
-Kto Cię tak urządził? - spytała zdezorientowanego Łapę.
-Co?  Aaa! - w połowie zdania zrozumiał, że chodzi o jego twarz. - Przerabialiśmy amortencję, chyba rozumiesz ? Szminka McKnotenerra czy Knopersa. - Krukonka znów zdusiła śmiech.  
-McKonntena. - uśmiechnęła się. -Och, my już przerobiliśmy amortencję, z jakiś tydzień temu.
A od kiedy interesujesz się kosmetykami ? - zagaiła z miłą nutką ironii.
-E tam szkoda gadać. Jęcząca Marta mi coś o tym gadała, gdy poszedłem do łazienki, by to zmyć.
-I pewnie powiedziała Ci, że na ten drobiazg jest przeciw zaklęcie?
-Oczywiście, tylko teraz będę musiał iść do właścicielki tego "drobiazgu" i o nie poprosić. - westchnął.
-Chyba się taki Marcie spodobałeś, bo na wszystkie jest takie samo. - mrugnęła, puściła lewą rękę Blacka i wyjęła z kieszeni swoją hebanową różdżkę. Wyszeptała jakąś formułkę, a z twarzy chłopka zniknęły jakiekolwiek ślady jego partnerki na eliksirach. Z wewnętrznej kieszeni szaty wyjęła lusterko i skierowała je w stronę Syriusza. Spojrzał w nie i zadowolony z efektu rzekł;
-Dziękuję. - szepnął, rumieniąc się.
-Nie ma za coooo. . . - Caroline o mały włos nie upadła, gdyby nie Gryfon, który kurczowo ściskał teraz jej przedramię. Teraz i ona zapłonęła czerwienią na twarzy. - Ja też chciałem Ci podziękować. - uśmiechnęła się. Puścili swoje ręce. Chłopak pomachał jej na pożegnanie i ruszył wniebowzięty do zamku. Zdążył jeszcze na przerwę obiadową. Skierował się do Wielkiej Sali do stołu Gryfonów, na skraju którego siedziała reszta Huncwotów i Evans. James próbował ją pocałować, ale ta odganiała go od siebie, szepcąc aby się opanował.
-Czołem. - Syriusz przysiadł się do kolegów, wyraźnie zadowolony.
-Gdzieś ty się podziewał i co się tak szczerzysz? - spytał Lupin rozpakowując kolejne miłosne wyznanie w liście.
-Na spacerze, a w ogóle skąd masz tyle walentynek ? -był w wyraźnym szoku. - Laski chyba serio przepadają za wrażliwymi kujonami. - zaśmiał się.
-To twoje, Łapo. - mruknął Lupin, waląc go pięścią w ramie.
-Ou, tak dużo?! - po chwili zastanowienia wybuchnął - Moment! Dlaczego czytasz moje listy?!
-Daj spokój, przecież i tak byś tego nie przeczytał.
-No, w sumie racja.
-Posłużyły by ci, żeby wzniecić ogień w kominku, bo nie ma między nimi listu od TEJ jedynej. - kontynuował Lupin.
-To kto Ci się tak podoba ? - spytał Rogacz. Black otworzył usta chcąc coś powiedzieć, ale Lily go wyprzedziła.
-Caroline, ta Krukonka z tego samego roku co my. - rzuciła niedbale, bawiąc się tostem. Syriusz udał zdziwioną minę.
-Nie wiem o co Ci chodzi Evans. Mnie nic z nią nie łączy. - oburzył się.
-Nie martw się Ty też jej się podobasz, podsłuchałam jak rozmawia z koleżanką w łazience. -zignorowała go. Chłopak nie miał ochoty już protestować, żołądek mu się przewrócił i na twarz wpełzł szczery uśmiech.
-No jednak Łapa się zakochał.- powiedział melodyjnie James, tuląc do siebie rudowłosą.
-Och, zamknij się! - rzucił tylko przez uśmiech i pobiegł do swojego dormitorium. Musi się odświeżyć zanim pójdzie do Caroline, by wyznać jej swoje zauroczenie. Wpadł do pokoju wspólnego, przebiegł korytarz i błyskawicznie znalazł się na miejscu. Według jego planu za godzinę Caroline powinna być w bibliotece, jak codziennie o tej porze, więc ma 2 godziny na przygotowanie się do spotkania. Odetchnął z ulgą. Poszedł pod prysznic. Później ubrał się w  białą koszulę i dżinsy - takie jak nosili mugole. Wysuszył włosy i psiknął swoimi ulubionymi perfumami o zapachu paczuli i piżma.  Miał jeszcze tylko pół godziny, więc postanowił się zbierać. Wyszedł do biblioteki, był 20 minut przed czasem. Czekał. Mijało pół godziny, później kolejne. Zaczął się niepokoić. Co się stało, że nie przyszła? Powinna tu być już od pół godziny i odrabiać lekcje. Może nie miała nic zadane. - powtarzał sobie w duchu, ale jego umysł nie mógł dłużej wytrzymać.  Wyszedł na korytarz, minął się z koleżanką Caroline.
-Olivia! Poczekaj! - zawrócił w jej kierunku. Dziewczyna zatrzymała się. -Widziałaś  Dreavey ? -spytał zdyszany.
-Nie, nie było jej od przerwy obiadowej, może ją gdzieś przegapiłam. - zanim zdążyła coś jeszcze powiedzieć, Black machnął ręką i pobiegł nad jezioro, gdzie ostatni raz widział dziewczynę. Może jeszcze jeździ?- modlił się by tak było. Nie było jej na lodowisku, oparł się o buk, przy którym dziś siedział. Poczuł chłód, na dworze było już ciemno, a na niebie świeciły gwiazdy. Zrezygnowany zawrócił w stronę zamku, żeby napić się ciepłej herbaty, ponieważ był w samej koszuli było mu bardzo zimno. Kiedy przechodził  wydeptaną dróżką prowadzącą do wejścia, za jakąś zaspą śniegu usłyszał cichy szelest. Wyjął różdżkę i wlazł za zaspę. To co tam zobaczył, przewyższało jego najśmielsze obawy. Caroline leżała cała w śniegu, z tymi butami z ostrzami na nogach. Jej różdżka leżała dwie stopy dalej. Dziewczyna cała drżała, była wyziębiona. Jej ciemna cera była teraz blada, że można ją porównać do puszystego śniegu, który ją otaczał. Miała przymknięte oczy.
-Syriuszszsz? - wyszeptała drżącymi ustami. -Moja noggga. - spojrzał na jej nogi, jedna z nich leżała jakoś dziwnie wygięta. -Próbowałam przyjść dddo. . . . -położył palec na jej sinych wargach.
-Ciii. Już dobrze. - wziął ją na ręce, podniósł jej różdżkę i skierował się do Skrzydła Szpitalnego. Oddychał głęboko. Caroline to czuła, przytuliła się do jego torsu, gdy to poczuł przeszedł go dreszcz. Kiedy doszli do celu, pani Pomfrey wybałuszyła na nich oczy.
-Och dzieci, co się stało? Połóż ją tutaj chłopcze. - wskazała ręką wolne łóżko.-Co się stało?
-Znalazłem ją leżącą w zaspie śniegu. - odparł, dysząc ciężko.
 Pielęgniarka poszła do swojego gabinetu, a po chwili wróciła z butelką eliksiru rozgrzewającego. Zaaplikowała go Caroline.
-Dziękuje Syriuszu, możesz już iść. - uśmiechnęła się. - Ona musi teraz odpoczywać.
-Nawet nie powiedziała mi pani co jej jest! - oburzył się Gryfon.
-Ostre wyziębienie, szybko jej przejdzie, ale na wszelki wypadek zostanie tu jeszcze dwa dni.- zrobiła zatroskaną minę. - Biedaczka musiał długo tam leżeć. Tylko co jej się stało?
-Wspominał coś o swojej nodze. - odparł Syriusz.Pani Pomprey odkryła nogi Krukonki.
-To mi wygląda na złamanie prawej nogi. Ale cóż się dziwić jeśli jeździ na tych łyżwach!
-Na czym? -spytał zdumiony Black.
-No na tych butach, które ma na nogach.-Pielęgniarka poszła po kolejny eliksir.  - Więc mugole nazywają to łyżwami - zamyślił się.
-No to zmykaj, musisz się wyspać na jutro na lekcje. Wszystko będzie dobrze. -pocieszyła go kobieta.
Wrócił do dormitorium, Huncwoci już smacznie chrapali, przygnębiony nie mógł zasnąć, cały czas myślał czy to coś poważnego. Aż po walce jakiej toczył jego umysł z ciałem, pragnienie snu wygrało. Następnego dnia był rozkojarzony i nic do niego nie docierało. Z resztą tak też spędził cały piątek. Pozwolił nawet, by Smarkerus omijał go z szyderczym uśmiechem. Mijały godziny, minuty, sekundy, a jej nie było. Jeszcze nie wyszła ze Skrzydła Szpitalnego ? Wczesnym sobotni porankiem nie mógł już wytrzymać i poszedł do pani Pomprey. Łóżko, które zajmowała  Dreavey było puste. To znaczy, że wyszła! Szczęśliwy jak nigdy dotąd ruszył korytarzem w stronę pokoju wspólnego Krukonów. Stała na korytarzu, rozmawiając z jakimś chłopcem z siódmego roku. Blackowi mina zrzedła, patrzył smutno w ich stronę, gdy ten przytulił ją do siebie. Wszystko runęło, cała nadzieja. Odwrócił się i powolnym krokiem zaczął się wycofywać.
-Syriusz! - usłyszał wołanie krukońskiej piękności. Spojrzał na nią z pogardą.Na korytarzu nie było nikogo prócz tej dwójki.
-Co chcesz?- spytał oschle, aż sam się zdziwił, że potrafi być tak niegrzeczny względem Dreavey.
-Ja tylko. . . -zaczęła onieśmielona.-Chciałam Ci podziękować.- dokończyła stanowczo.
-Nie ma za co. - mruknął i już chciał się oddalać, gdy złapała go za dłoń. Spojrzał w jej niebieskie oczy.
-Gdyby nie Ty to nie wiem co by się stało. Potknęłam się kiedy odchodziłeś i nie mogłam ruszać nogą, więc wyczołgałam się z jeziora, a później już nie miałam siły, różdżka mi wypadła. . . to nie jest mój chłopak, to mój brat. Nie musisz być zazdrosny. - Zrobiło mu się gorąco, spłonął rumieńcem.
-Przepraszam. -wydukał. Świdrowała go wzrokiem, nie mógł się oprzeć. Przysunął się bliżej, byli bardzo blisko siebie. Ich nosy się stykały.
-Czy to piżmo? - wciągnęła nosem zapach szyi Syriusza. Uśmiechnął się.
-Tak. - musnął lekko jej usta, ale Caroline zamieniła to w namiętny pocałunek, pochłaniając jego wargi.
Usłyszeli kaszlnięcie, James stał na rogu korytarza uśmiechając się szeroko. Odsunęli się od siebie, dziewczyna się zarumieniła, a Black rzucił kumplowi mordercze spojrzenie.
-Do zobaczenia. -oblizała nabrzmiałe wargi i pomachała im na pożegnanie. Kiedy się oddaliła, Syriusz zrobił groźną minę.
-Musiałeś? W takim momencie?! - wybuchnął.
-A jednak. . . spodobało Ci się to "cmokanie" stary.- zaczęli się śmiać.
-Idę, muszę się naszykować, mam zamiar zaraz do niej przyjść, bez ciebie. - udał nacisk na ostatnie słowo. Znów wybuchli śmiechem.
-To ty leć się pindrzyć, a ja pójdę do Lily.
               

                                                     ~♥~
Jak wam się podoba mu pierwszy one shot ? Włożyłam w to wiele serca, proszę o komentarze. One mnie motywują do dalszej pracy.  
        
  


                        

sobota, 9 lutego 2013

Rozdział 4.

"Jest taka miłość, która nie umiera, choć zakochani od siebie odejdą."


Lily weszła do Wielkiej Sali i od razu zaczęła szukać wzrokiem Snape'a.  Niebo na sklepieniu było lekko zachmurzone, atmosfera przy stole Gryffindoru napięta - wszyscy opowiadali o wybryku czterech chłopców już na pierwszej lekcji. Odnalazła czarną czuprynę na brzegu ślizgońskiego stołu, siedział obok jakiegoś blondyna i najwyraźniej jego paczki, składającej się z dwóch osiłków. Mimowolnie zerknął na rudowłosą, ale zanim Lily zdążyła mu pomachać na dzień dobry, odwrócił głowę. Usiadła z Alicją i Marleną przy stole. Sięgnęła po tosta z marmoladą i zaczęła go leniwie przeżuwać.
-Jak wam się podobało na zaklęciach ? - spytała, gdy przełknęła pierwszy gryz.
-W porządku, profesor Flitwick jest bardzo wyrozumiały. - odpowiedziała Marlene. Była ona wysoka, szczupła, miała czarne, pofalowane włosy sięgające jej do bioder i granatowe oczy.
-Inaczej potraktowałby tych dowcipnisiów, bardziej srogo niż tylko minus 20 punktów dla Gryfonów. - dodała Alicja, dziewczynka średniego wzrostu o prostych, blond włosach, sięgających jej za uszy i brązowych oczach. Wyglądem przypominała gwiazdę telewizyjnego show.
-Tak, ale to i tak dużo, mogli się nie wygłupiać. - Lil wzięła spory łyk soku z winogron. -Ciekawe co będzie, jak dowie się o tym McGonagall.
-Sami sobie na to zasłużyli. - Marlene nie dawała za wygraną. - Mam nadzieję, że to taki jednorazowy wybryk, bo zamierzam się czegoś nauczyć.
-Po prostu chcieli się popisać. - mruknęła z politowaniem Longbottom.
Kiedy skończyły jeść ruszyły na zielarstwo.
-Dziewczyny, idźcie same ja do was dojdę, muszę jeszcze coś załatwić. - Lily pożegnała się z Alicją i Marleną. Została przed wyjściem na błonia. Zielarstwo mieli ze Ślizgonami. Chciała poczekać na Snape'a. Po siedmiu minutach zadzwonił dzwonek na lekcję, pojawił się Snape w towarzystwie swoich nowych kolegów.
-Severus! Cześć! - rudowłosa krzyknęła do niego, ale on tylko ją zignorował. Malfoy rzucił jej kpiący uśmiech.
-No to do zobaczenia po lekcjach!- pożegnał się z czarnowłosym i wraz z dwójką goryli wrócił do zamku na eliksiry, ale za nim wszedł, odprowadził Snape'a wzrokiem. Lily stała jakby ktoś przybił jej nogi do ziemi, ale po krótkim zastanowieniu uznała, że później spróbuje porozmawiać ze Ślizgonem. Nie chcąc tracić lekcji udała się do cieplarni. Zdziwiła się, gdy nie było słychać żadnych dźwięków dochodzących ze środka, lekko uchyliła drzwi i usłyszała przeraźliwy krzyk. Zakręciło jej się w głowie, ktoś pociągnął ją za szatę i zatrzasnął drzwi cieplarni.
-Severus ? -przetarła oczy, kołysząc się lekko. Upadła na ziemię.
-W porządku? - chłopak miał przerażoną twarz. - Lily zajęcia mamy w cieplarni nr 1, a nie 2. Drugoklasiści przesadzają teraz mandragory. Wiesz co by się stało jakbyś stała tam chwilę dłużej? Wolę o tym nie myśleć.
Może chodźmy do pani Pomfrey ? Zajmie się Tobą.
-Nie trzeba, dziękuje.
-Jak uważasz, to . . . idziemy na lekcje ?
-Chcę się Ciebie o coś zapytać. Dlaczego się do mnie nie odzywałeś ? - wstała z trawnika i popatrzyła  prosto w jego czarne oczy.
-Musiało Ci się wydawać. - Chłopak wyraźnie się zmieszał. - Widocznie Cię nie słyszałem.
-Rozumiem, to idziesz?
-Oczywiście, tylko teraz do cieplarni nr 1. - uśmiechnął się. Poszli na lekcje zielarstwa, profesor Sprout  przez połowę lekcji omawiała program nauczania i oceniania, dopiero pod koniec zaczęli robić coś przy magicznych grzybach. Poznani przez rudowłosą chłopcy, którzy na pierwszej lekcji już zdobyli ujemne punkty dla Gryffindoru nabijali się z siebie wzajemnie i rzucali smoczym łajnem.


                                          ~♥~

-No to do zobaczenia na historii magii. - Lil pożegnała się ze Snape'em. Właśnie skończyła 2 godziny zielarstwa.  Cała cieplarnia brudna była w ulubionym nawozie profesor Sprout.
-Teraz na pewno zarobią szlaban. -  Marlene była ściekła bo oberwała łajnem w plecy. - Sama pójdę do McGonagall, jeśli Sprout nic nie zrobi. Dziewczęta szły błoniem w stronę zamku.
-Spokojnie, na pewno nie ujdzie im to na sucho. - pocieszała ją Lil.
-Zepsuli już drugą lekcję !
-O to się nie martw, teraz musimy spieszyć się na transmutację bo nie zdążymy. - O dziwo na transmutacji było cicho i spokojnie, usłyszeć można było muchę. McGonagall budziła dyscyplinę w każdym uczniu.
Gdy zadzwonił dzwonek na przerwę Lily, Marlene i Alicja ruszyły na obiad.
-Och, nareszcie normalna lekcja! - Marlene odetchnęła. - Chyba boją się tej całej McGonagall. To dobrze mamy na nich haczyk.- Nałożyła sobie ziemniaków i sznycla z jajkiem sadzonym.  Dziewczyny poszły w jej ślady.
-No to smacznego ! - Alicja nie zapomniał o kulturze i zabrała się za ziemniaki. Kiedy w najlepsze zajadały się pysznym obiadem, Malfoy sprawdzał Severusa.
-I jak z tą szlamą ? - spytał, siadając przy stole Ślizgonów.
-Jak to, jak?
-Czego chciała? - warknął przez zaciśnięte zęby.
-Nie wiem, nawet z nią nie rozmawiałem. - czarnowłosemu zrobiło się głupio,
-Mam taką nadzieję, bo chyba wiesz . . . mnie nie da się okłamać.
  
                                         ~♥~
Cieszę się, że kilka osób daje komentarze, kochani jesteście. Mam nadzieję, że blog się wam spodoba, bo jak sugerowałam wcześniej nie będzie to tylko James - Lily.
Limes będzie na faktach na początku, dla urozmaicenia.
Następnie wprowadzę inne paringi powstające w mojej wyobraźni.
Zamierzam zrobić przeskok czasowy z pierwszej klasy do piątej. ;)
 

poniedziałek, 4 lutego 2013

Rozdział 3.

"Są takie wydarzenia, które przeżyte wspólnie muszą zakończyć się przyjaźnią."


Młody Ślizgon jeszcze długo siedział i rozmyślał nad dalszymi losami jego przyjaźni z Evans. Memłał widelcem w ziemniakach, nic nie zjadł. Owy blondyn, przy którym siedział, cały czas go obserwował. W końcu wyciągnął w jego kierunku rękę.
-Nazywam się Lucjusz Malfoy. - przedstawił się. Severus uścisnął jego dłoń. Chłopak miał szare, zimne oczy i długie, blond włosy. Lodowate spojrzenie przeszywało osobę Snape'a. -Jesteś czystej krwi ?
-Półkrwi. - odpowiedział czarnowłosy, a Malfoy skrzywił się lekko, co nie uszło uwadze chłopaka.
-Ech. . . Dobre i to, w naszych czasach do tej szkoły przychodzi coraz więcej szlam. No cóż . . . mogę Cię oprowadzić, pokazać jak się zachowywać w obecności szlam, z kim się zadawać, a z kim nie . . . - Snape mimowolnie spojrzał w stronę stołu Gryfonów. - Właśnie o tym mówię, oni to nasi wrogowie. . . Mówiłem Ci już ? Jestem PREFEKTEM. Zawsze mogę odjąć trochę punktów danemu domowi. Naturalnie nie będę ich zabierał Ślizgonom, to byłoby karygodne, ale za niektóre wasze wybryki mogę dać wam karę. Chyba wiesz o co mi chodzi ? Trzymaj się z dala od niej, a blisko nas to nic nie stracisz, a wiele zyskasz. - Podsumował blondyn, po czym sięgnął po puchar z sokiem dyniowym. Severus nic się nie odzywał, spodziewał się tego.
Po uczcie powitalnej wstał dyrektor, wygłosił mowę i wysłał wszystkich do dormitoriów. Pierwszaków mieli zaprowadzić prefekci. Podczas wychodzenia z Wielkiej Sali Malfoy zagadnął młodego Ślizgona
-Zastanowiłeś się ? - spytał, a w jego głosie usłyszeć można było, że nie akceptuje sprzeciwu. Czarnowłosy jeszcze raz spojrzał na Lily, która śmiała się w najlepsze z jakimś chłopcem.
-Tak.
-W takim razie witamy w naszej paczce. Wiedziałem, że nie odmówisz...-Prefekt uśmiechnął się wyniośle.
                                                               
                                        ~ ♥ ~

Lily nie mogła doczekać się następnego dnia, zdążyła już zaprzyjaźnić się z Marleną McKinnon oraz Alicją Longbottom, ponieważ miały razem dormitorium. James Potter i Remus Lupin, których poznała w pociągu, także trafili do Gryffindor'u. Szkoda jej tylko było Snape'a, który wydawał się być zmartwiony. Choć w rzeczywistości chłopaka niepokoiło całkiem inna sprawa. W pierwszy dzień nauki w Hogwarcie, miała motylki w brzuchu, na śniadaniu McGonagall wręczyła wszystkim plany zajęć. Zaczynała od zaklęć, które miała razem z Puchonami. Z optymistyczną myślą, ruszyła z koleżankami na lekcję profesora Flitwicka. Gryfonki usiadły w pierwszych ławkach, a obok nich Potter, Remus i dwójka jeszcze innych chłopców.
Kiedy zadzwonił dzwonek, powitał ich nauczyciel.
-Witam. Nazywam się Filius Flitwick i będę was nauczał zaklęć. Posłużę wam jako wzór, naśladując moje poczynania zdobędziecie podstawowe umiejętności pozwalające użyć zaklęcia lewitującego lub przywołującego.... - gdy mały, brodaty człowieczek skończył mówić usiadł na stercie wielkich ksiąg przy katedrze. Kontynuował - Proszę przepisać temat. - machnął różdżką, a kreda zaczęła coś bazgrać na tablicy. - Dzisiaj nauczymy się zaklęcia  wytwarzającego strumień wody z różdżki, pokażę wam. - chwycił puchar, postawił go przed sobą i wyszeptał - Aguamenti - z jego różdżki wystrzelił strumień wody, Flitwick przechylił ją zwinnie i woda leciała w kierunku pucharu. -Teraz wasza kolej, powtórzcie: Aguuuuamennnti- profesor przeciągnął litery. Cała klasa chórem powtórzyła po nauczycielu.- Świetnie teraz spróbujmy z różdżkami, skierujcie je w stronę stojących przed wami pucharów. - W klasie zabrzmiały zaklęcia, słychać było zawziętych Puchonów, którzy na siłę próbowali od tak o wyczarować sobie wodę, na wskutek czego z ich różdżek tryskało coś o konsystencji wody, ale o czarnym albo zielonkawym kolorze. Profesor podchodził od jednego ucznia, do drugiego, poprawiając go i pokazując co robi nie tak. - Wspaniale ! - wykrzyknął profesor, bo z różdżki Lil wypłynął maluteńki strumień wody. -10 pkt dla Gryffindoru ! - obserwując jej poczynania, chłopiec siedzący za nią, dokładnie powtarzał ruchy dziewczynki. Udało się i jemu- Doskonale.-znowu dało się słyszeć piskliwy głosik Flitwick'a. - Nazywasz się ?
-Syriusz Black, z Gryffindoru.
-Wspaniale jedna lekcja i już zarobiliście 20 punktów dla Gryffindoru, oby tak dalej. - Syriusz był chłopcem wysokim, szczupłym. Miał czarne, lekko splątane włosy i szare oczy.  Lil uśmiechnęła się tylko do niego, a on to odwzajemnił.
-Zaraz będzie 30! - roześmiał się młody Potter i chlusnął wodą w twarz chłopcu siedzącemu obok Black'a.
- Za co?! - niski, tęgi blondyn, zaczął wycierać swoje wodniste, paciorkowate oczy.
-Tylko nie w Petera!-za sprawą Syriusza, teraz twarz mokrą miał Lupin.
-Mnie, proszę do tego nie mieszać! - w klasie wybuchły śmiechy, słychać było profesora uciszającego klasę. Potter i Black śmiali się w najlepsze. Po trzech minutach łypał na nich groźnie Flitwick.
-Co to miało znaczyć ?! Chciałem pana poinformować panie Potter, że zyskał pan 10 punktów dla Gryfonów, ale na wskutek zamieszania odejmuję Gryfonom 20 punktów. Panna Evans może być z siebie dumna z pierwszej lekcji tylko ona wyniosła punkty. I żeby mi to było ostatni raz, zrozumiano ?  Kto to słyszał, żeby w pierwszy dzień szkoły, na pierwszej lekcji tak narozrabiać! W głowie się nie mieści ! - Pretensje Flitwicka zagłuszył dzwonek na przerwę, Syriusz z Peterem podszedł do James'a.
-Cześć. Nazywam się Syriusz Black, a to Peter Pettigrew. - wskazał na chłopca o wodnistych oczach.
-Ja, James Potter, a to Remus Lupin. - podali sobie ręce.
-Przepraszam za to zaklęcie - powiedzieli równocześnie Black i Potter do Lupina i Pettigrew'a. Zaczęli się śmiać.
-No pierwsza lekcja i już zdobyliście oraz utraciliście 20 punktów. Gratuluję, a to za mnie. - Remus chlusnął wodą w twarz Syriuszowi. -  Jesteśmy kwita.
-Przecież przeprosiłem ! - Black udawał oburzenie.
-Okej, to ja też przepraszam. Teraz jest fair. - Czwórka Gryfonów zaczęła się śmiać. Wyszli na korytarz i skierowali się na drugie śniadanie.
-Skoro umiesz to zaklęcie, to czemu nie wyczarowałeś go na lekcji ?! - James wybałuszył na Lupina oczy.
-Nie umiałem, teraz mi się udało.
-Czyli trzeba Cię sprowokować, aby Ci się coś udało ? - Black spytał wyraźnie rozbawiony cała sytuacją.
-Tak, jasne. Cieszcie się, że nie zarobiliście szlabanu.

                                       ~ ♥ ~
Hello! Przepraszam, że tak krótko i rzadko, ale no wiecie mam ferie i nie mam czasu na komputer. Następny rozdział postaram się dodać szybciej ;) Proszę o komentarze ♥.♥
Pytanko.
Chciałabym aby ten blog był o pokoleniach Hogwartu, począwszy od Huncwotów, skończywszy na dzieciach złotej trójki. Będą to nietypowe paringi, co powiecie na :
Fred & Hermione
Ron & Pansy [może być ciekawie]
Draco & Hermione
Ginny & Blaise
Ginny & wymyślona przeze mnie postać
George & Angelina

Czekam na waszą opinię :)

PS. Pro po tych paringów mam na myśli wszystkie.

środa, 30 stycznia 2013

Rozdział 2.

W miłości pragniesz, by ci wierzono, w przyjaźni, by cię rozumiano.


Minął tydzień. Lily jak co dzień wstała z łóżka,  podbiegła prosto do ściany, na której zawieszony był kalendarz i skreśliła kratkę wyznaczający dzisiejszy dzień [31 sierpień]. Już nie mogła się doczekać. Nie mogła się doczekać wyjazdu do Hogwartu. Przez cały dzień dopakowywała do kufra zapomniane rzeczy.
Następnego dnia wraz z rodzicami i Petunią znalazła się na dworcu King's Cross.
-Gdzie jest ten peron ? Przecież takiego nie ma! 9 i 3/4, 9 i 3/4 ! Musieli źle wydrukować bilet. - krzyczał bezradnie pan Evans, a ludzie patrzyli na niego jak na wariata. 
-Przepraszam. - odezwał się mężczyzna stojący obok. -Peron 9 i 3/4 ? Tutaj. - wskazał ręką na barierkę.
-Pan żartuje ? - zapytał z niedowierzaniem ojciec rudowłosej.
-Nie. W świecie czarów wszystko jest możliwe. Proszę iść w kierunku tej barierki i się nie zatrzymywać. -Po chwili on, jego syn i jakaś kobieta [zapewne żona tego pana] zniknęli za barierką. Petunii opadła szczęka.
-Magia!-powiedziała pani Evans. Lil spojrzała na zegarek, była 10:55, podała wiklinowy koszyk z kotem tacie.
-Ruszajmy. - Lil pchała wózek w stronę barierki z odrobinką strachu "A jak się roztrzaskam ? Albo Stuknę w ścianę i wywrócę ?" Zacisnęła oczy, mocniej złapała wózek i znalazła się na peronie 9 i 3/4, a na torach stała lokomotywa Express Hogwart. Zaraz dołączyła do niej siostra z rodzicami. Pożegnała się z nimi i wsiadła do pociągu. 
-Wolne? - zapytała otwierając drzwi do jednego z przedziałów, siedziało w nim dwóch chłopców z pierwszej klasy.
-Siadaj- chłopak, którego ojciec pokazał jej wejście na peron przesunął się w stronę okna. Był chudy, niski jak na swój wiek. Miał krótkie, kruczoczarne włosy, orzechowe oczy, które błyszczały zza okrągłych okularów. Naprzeciwko niego siedział dość wysoki chłopak o miodowych włosach i jasnobrązowych oczach.
-Dziękuję. - Dziewczyna weszła do środka i podeszła do okna.
-Będziemy do ciebie pisać co tydzień ! - krzyczała pani Evans, machając córce wraz z mężem, obok nich stała Tunia z obojętną miną.
-Dobrze, pa mamo ! Pa tato ! Do zobaczenia Petunio! - machała im dopóki pociąg nie skręcił. Usiadła na miejscu. - Nazywam się Lily Evans - uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę do chłopaka o kruczoczarnych włosach.
-James Potter - uścisnął jej dłoń.
-Remus Lupin - chłopak zawtórował czynność kolegi.
Podróż upłynęła im niezwykle szybko. Kiedy byli na miejscu usłyszeli krzyk.
-Pirszoroczni tutaj ! - wołał ich jakiś ogromny, brodaty mężczyzna, który miał na oko ze 45 lat. Tłum niskich postaci powędrował w jego kierunku, a zaraz potem ruszyli za nim.
-Nazywam się Rubeus Hagrid! - zagadnął ich dziarskim tonem po drodze do wielkiego jeziora. - Tera trochę sobie popływacie.- Szedł dalej aż doszli do brzegu jeziora, na którym roiło się od malutkich łódek.- Wsiadać po czworo nie więcej! -i już po chwili wszyscy znaleźli się w łódkach i wiosłowali ile sił w rękach w stronę zamku. Zachwyceni weszli do zamku. Przywitała ich tam wysoka, czarnowłosa czarownica o srogim spojrzeniu ze zwężonymi ustami.
- Witam. Nazywam się Minerwa McGonagall. Jestem nauczycielką transmutacji i opiekunką Grffindoru. Zapraszam do Wielkiej Sali.- wskazała ręką na ogromne drzwi. - Proszę ustawić się parami i iść za mną. - pierwszoklasiści ustawili się i ruszyli za czarnowłosą kobietą szybkim krokiem. Stanęli przed stołem nauczycielskim, obok którego stało drewniane krzesło, a na tym leżała jakaś stara, wyświechtana tiara.- Kiedy wyczytam wasze nazwisko podejdziecie, gdy zostaniecie przydzieleni zasiądziecie do stołu waszego domu.- Podeszła do krzesła, chwyciła pergamin i zaczęła wyczytywać.Podczas wywoływania poszczególnych osób Lil chciała zobaczyć jak wygląda przydzielanie, ale była zbyt niska i stała na samym końcu. Kiedy stanęła na palcach i wyciągnęła głowę zobaczyła Severusa. Pomachała mu i ucieszyła się na jego widok.
-Adams Norbert ! -krzyknęła czarownica, trzymająca w ręce pergamin. Podszedł wysoki chłopak o niebieskich oczach i usiadł na stołku. Kobieta założyła mu na głowę tiarę, a ta rozdarła się na szwie i wyglądała jakby miała coś na kształt ust, słychać było zachwyt
-Ravenclaw!- Przy stole Krukonów zabrzmiały wiwaty i oklaski.
-Bell Martin! - Hufflepuff! - tym razem wiwaty zawitały przy stole Puchonów.
Co minutę tiara wykrzykiwała nazwę jakiegoś domu. - Slytherin! - Ravenclaw!- Gryffindor!- Slytherin! I co minutę przy jakimś stole słychać było oklaski.
-Lily Evans! - dziewczynka wygramoliła się z tłumu i ruszyła żwawym krokiem przed siebie, usiadła na stołku, a po chwili wielka tiara nasunęła się jej aż na ramiona.        
-Odważna, zdolna do poświęceń, wierna. - Zabrzmiał głos w jej uszach. - Gryffindor! - rozległ si krzyk, a przy stole Gryfonów zabrzmiały oklaski. Lily z uśmiechem na ustach ruszyła w stronę swoich nowych kolegów i koleżanek. Nie zdawała sobie sprawy, że cały czas jest obserwowana przez Severusa. W jego głowie kłębiło się tysiąc myśli "Do jakiego domu trafi ?" - "Dlaczego ona musi być Gryfonką?" - "Czy będą się jeszcze przyjaźnić ?" Miał przeczucie. Złe przeczucie. Straciwszy rachubę czasu w swoich rozmyślaniach, usłyszał jak nauczycielka wywołuje  jego nazwisko. Poczuł ścisk w żołądku. Podszedł  do krzesła, usiadł, a po chwili nauczycielka transmutacji włożyła na jego głowę kapelusz, ale nie taki zwykły kapelusz, to była Tiara, która miała zadecydować raz na zawsze o jego przyszłości.
-Nie mam wątpliwości, w tym domu sprawdzisz się najlepiej - usłyszał głosik szepczący mu do ucha.
-Slytherin ! - tym razem wrzaski, wiwaty i oklaski usłyszeć można było przy stole Ślizgonów. Severus usiadł obok jakiegoś blondyna z szóstego roku.  Wiedział, że trafi do domu węża, to było pisane, ale wciąż zadawał sobie pytanie: :"Dlaczego Lily musiała trafić do domu wroga?"
_____________________________________________
Hej. Drugi rozdział. Poproszę o korektę <drobne uwagi> na pewno się poprawię. Wiem, że robię błędy.
Jeśli możecie zostawicie komentarz.
    

wtorek, 29 stycznia 2013

Rozdział 1.

Trzeba być podobnym, aby się zrozumieć i innym, aby się pokochać.

Lato. Wciągu tegorocznych wakacji życie małej Lily zmieniło się na zawsze. Dowiedziała się, że jest czarownicą, zaprzyjaźniła z chłopcem, który jej to powiedział i znienawidziła ją siostra, a rodzice byli z niej dumni. Byli dumni, że mają w rodzinie "nadzwyczajne" dziecko. Nic nie byłoby jednak takie wspaniałe, gdyby nie właśnie ten chłopiec. Gdyby nie on dalej Petunia sądziłaby, że jest wariatką. Miał na imię Severus, Severus Snape. Był dość wysoki jak na swój wiek, szczupły, miał jasną cerę, czarne oczy i włosy, które sięgały mu aż do połowy szyi. Przez te dwa miesiące zdążył nauczyć jej kilku prostych zaklęć i wprowadzić ją początkowo w świat magii. Zwierzali się sobie i spędzali razem dużo czasu. Za rok wyruszą razem we wspaniały świat magii i czarów.
                                            ~   ♥   ~
-Lily wstawaj ! Dzisiaj idziemy na Pokątną. - Nad jedenastoletnią Evans pochylała się jej matka. Lily była bardzo do niej podobna. Odziedziczyła po niej grube, rude włosy i jasną cerę, ale oczy miała po tacie. Wpadały w jasno zielony odcień można by było się w nich utopić. Dziewczynka wstała z łóżka po czym szybko je zaścieliła. Po wykonaniu porannej toalety zeszła na śniadanie. Kiedy usiadła przy stole Petunia tylko spojrzała na nią z czystą zazdrością.
- Ja też dostanę list z Hogwartu - wypaliła - Napisałam do dyrektora tej szkoły, na pewno mnie przyjmą, bo bardzo dobrze radzę sobie z matematyką i biologią. - Usiadła prosto na krześle  i wypięła dumnie pierś. Petunia wyróżniała się dużym podobieństwem do ojca. Była brunetką o końskiej twarzy, ale brązowe oczy miała po matce, w których co raz to częściej można było zauważyć nienawiść do swojej siostry.
- Tunio przecież wiesz, że w Hogwarcie nie ma takich przedmiotów. Z tego co się dowiedziałam będę miała tam eliksiry, historię magii, zaklęcia i zielarstwo o reszcie dowiem się wkrótce. - Lil posłała dziewczynce troskliwy uśmiech, kiedy ta tylko prychnęła. Rudowłosa usiadła do stołu i sięgneła po kanapkę z dżemem. Po chwili dołączyła do nich matka.
-Dzwonił tata i niestety nie zdąży dzisiaj pójść z nami na zakupy. Musi zostać do późna w pracy. - pogładziła  
Lily po włosach i uśmiechnęła się - Ale możemy iść same, prawda ?
-Oczywiście już nie mogę się doczekać. - odpowiedziała dziewczynka. Po godzinie znalazły się w dziurawym kotle i przeszły na Pokątną. Tam Mary [ pani Evans] wymieniła walutę u Gringotta. Petunia przyglądała się wszystkiemu ze zdziwieniem i zachwytem jednocześnie. Lil wyciągnęła listę potrzebnych rzeczy do Hogwartu.
- Tak najpierw różdżka- pisnęła uradowana, po czym zaczęła analizować wzrokiem każdy zakamarek Pokątnej i znalazła. Jej wzrok zatrzymał się na małym, narożnym sklepiku z szyldem na którym było napisane " U Olivandera" - Mamo, chodźmy tam ! - pociągnęła kobietę za bluzkę i wskazała ręką sklep. Po chwili znajdowały się w dziwnym         
pomieszczeniu, w którym pełno było malutki pudełeczek poukładanych jedno na drugim, sięgających aż sufitu. Trzy minuty później za ladą pojawił się na oko 40-letni mężczyzna z potarganymi włosami w pogniecionym garniturze.- Dzień dobry chciałabym kupić różdżkę - powiedziała nieśmiało Lily.
- Och, tak jasne. Proszę chwileczkę poczekać. - zniknął pomiędzy regałami, a po chwili wrócił trzymając w rękach trzy prostokątne pudełeczka. Podał jedno z nich dziewczynce - Proszę spróbować tej - 12 i pół cala, odpowiednio giętka, wiśnia z włóknem z serca smoka, powiedz jakieś zaklęcie. Lily wzięła pudełko, otworzyła je i wyjęła cienką różdżkę.
-  Alarte Ascendare - wyszeptała, a z różdżki wystrzelił brązowy promień i szufladka w którą Lil wycelowała zamiast wznieść się w górę i upaść spłonęła. promień i szufladka w którą Lil wycelowała zamiast wznieść się w górę i upaść spłonęła.
-To chyba nie to. - Olivander szybko zabrał jej z rąk to magiczne cudo i wręczył drugie. - 9 cali, sztywna, sekwoja z piórem feniksa.
-Alarte Ascendare- powiedziała i znów się nie udało.Szufladka zaczęła wirować po całym pomieszczeniu. Oddała różdżkę sprzedawcy, a ten wręczył jej kolejną- Powinna być dobra. Jest idealna do rzucania uroków, 10 i 1/4 cala, wykonana z wierzby.
- Alarte Ascendare- powtórzyła, a wirująca szufladka podleciała  do góry i upadła. Petunia rozdziawiła buzię, a matka uściskała dziewczynkę. - Brawo Lily !-Później poszły do madame Malkin, Esów i Floresów, Magicznej Menażerii, gdzie Lil wybrała sobie kota i Apteki [ po składniki do eliksirów] oraz po kociołek. Po tym jak zakupiły już wszystko wstąpiły do lodziarni Floriana Fortescue. Kiedy zamówiły po lodzie i usiadły przy stoliku Petunia nie kryła złości, a rudowłosa zobaczyła znajomą czuprynę przy sklepie "Markowy sprzęt do quidditcha".
-Severus ! - zawołała i podeszła do niego.
-Lily ! - na jego twarzy widniała radość. - Już po zakupach ?
-Tak. Jestem taka zadowolona. Byłam u Olivandera i on powiedział, że moja różdżka jest świetna do rzucania uroków. - powiedziała dumna.
-Moja jest doskonała do czarnej magii - oznajmił z nutką niepokoju w głosie. Lil wydęła usta w dziwnym grymasie.
-A ten sklep przy którym stałeś. QUIDDITCH ? Co to? - spytała z nieukrywaną ciekawością.
-To taki sport czarodziejów. Siedmiu graczy każdej drużyna lata na miotłach. Ścigający próbują wrzucić kafla - jedną z czterech piłek do jednej z trzech pętli na tyczkach stojącej po dwóch stronach boiska, której broni bramkarz. Tłuczki są dwa i atakują graczy, a pałkarze muszą je odbijać w stronę przeciwników. Najważniejszy jest szukający. Musi złapać czwartą piłkę wielkości orzecha włoskiego, a gdy już to zrobi  jego drużyna zdobywa 150 pkt. Każdy mecz trwa aż do złapania złotego znicza, a z tego co wiem najdłuższy trwał dwa miesiące. - Lily słuchała go bardzo uważnie i już zaczęła sobie wyobrażać quidditcha. -Własnie wyszedł najnowszy model miotły Księżycowa Brzytwa jak na razie najszybsza - powiedział ze zdumieniem. Rozmawiali tak jeszcze z 5 minut i Lily zawołała mama.
-Zobaczymy się w Hogwarcie - pożegnali się i ruszyli w swoje strony.    

                                            ~   ♥   ~
Kiedy Lil z Petunią i panią Evans były już w domu ruda usłyszała pukanie w okno. Otworzyła je, a do pomieszczenia wleciał ogromny, szary puchacz. W dziobie trzymał list i o dziwo nie wręczył go czarownicy tylko jej siostrze. Dziewczyna była zachwycona lecz po chwili uśmiech spełzł jej z twarzy. Przeczytała wiadomość na głos.
                                                            Droga Petunio !
Bardzo mi przykro, ale niestety do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie dostają się tylko czarodzieje. W żyłach twojej siostry płynie właśnie krew czarodzieja dlatego została przyjęta. Nie wybraliśmy jej jak mówisz " BO ONA JEST WE WSZYSTKIM LEPSZA". W mugolskich rodzinach zdarzają się takie przypadki jednak ty do nich nie należysz. Życzę sukcesów w nauce i nie trać chęci.
                                   

                                                                                                                            Z poważaniem

                                                                                                                 Albus Dumbledore    

Z jej oczu ciurkiem zaczęły lecieć łzy. Na twarzy Mary malował się żal i smutek.
-Nie płacz Tunio. - przytuliła córkę do  siebie - Jak mogłaś pomyśleć, że Lily jest we wszystkim lepsza ? Każdy ma swoje lepsze i mocne strony. - Usta na końskiej twarzy Petunii zmieniły się w wąską kreskę, a zaszklone oczy wędrowały to od rudowłosej do matki.
-Ona zawsze była lepsza! Idealna .... Kochacie ją z tatą bardziej niż mnie ! Nienawidzę magii i czarodziejów! - krzyczała przez płacz i pobiegła do swojego pokoju. Lil rozłożyła bezradnie ręce. Miała do siebie pretensje o zachowanie siostry. Wszystko przez nią. Pani Evans usiadła w fotelu i schowała twarz w dłoniach.

                                           ~   ♥   ~
 
Hej to mój pierwszy rozdział jestem ciekawa jak wam się podoba. Proszę o komentarze. Następny dodam wkrótce. Przepraszam za błędy, a  w szczególności przecinki i za te białe krechy ale jeszcze w pełni nie opanowałam edytora postów :D . Proszę was o cierpliwość bo to cecha niezbędna do czytania tego bloga.